Wcześniej pojechaliśmy na kolację do knajpki, gdzie serwują typowo amerykańskie jedzenie (czyt. burgery i frytki), które było na prawdę bardzo dobre.
Następnego dnia wyruszyliśmy dalej w drogę. Kierowaliśmy się już z powrotem do Kalifornii. Kilka mili przed granicą zahaczyliśmy o hipisowską farmę, gdzie kupiliśmy owoce. Sądzę, że była hipisowska, ze względu na właścicieli i książki, które tam sprzedawali (wiecie o twoich prawach, pokoju na świecie itp.). Był także gift shop z różnego rodzaju pierdółkami.
Ruszyliśmy dalej i przekroczyliśmy granicę Oregonu z Kalifornią. Zatrzymaliśmy się w kalifornijskim nadmorski miasteczku, w którym znajduje się latarnia morska. Mała, niepozorna, ale urokliwa. Co ciekawe jest w tym miejscu, to to, że latarnia znajduję się na wyspie i zależnie od przypływu i odpływu oceanu można do niej pójść albo i nie.
Poniżej macie właśnie przejście z lądu na wyspę. Jak widać mimo odpływu i tak jest dość mokro, aczkolwiek spokojnie da się dotrzeć do latarni suchym.
W miasteczku zjedliśmy także lunch w dość nietypowym miejscu. Mianowicie w takim blaszanym baraku, w który mąż z żoną robią proste dania z ryb, które prawdopodobnie sami łowią z samego rana. Początkowo trochę się przestraszyliśmy, gdy ujrzeliśmy jak to wygląda z zewnątrz, ale po zjedzeniu ich 'fish tacos' i ciasta marchewkowego nie mogliśmy na nic narzekać. Niebo w gębie!
Po posiłku znowu wsiedliśmy do samochodu i znowu ruszyliśmy przed siebie. Naszym kolejnym przystankiem był park o nazwie "Trees of Mystery. To była dopiero atrakcja.
Przy parkingu stały dwie ogromne, ale OGROMNE postacie. Jak się dowiedziałam był to Paul Bunyan i jego niebieski byk o imieniu Babe. Jakby ktoś nie wiedział (a macie prawo nie wiedzieć) Paul Bunyan jest legendarnym drwalem, znaczącą postacią w amerykańskim folklorze.
Jeśli chodzi o sam park to nigdy chyba nie widziałam tak niesamowitych drzew. Ogólnie cały ten obszar jest zalesiony głównie przez Redwood Trees, które są bardzo podobne do sekwoi, tylko, że są ciut węższe na dole, ale za to o wiele wyższe. Ale oprócz Redwoods było także mnóstwo innych roślin, każda piękniejsza od poprzedniej. Najbardziej mnie zachwycało światło, które było obecne w tym lesie. Mimo, że był środek dnia i słońce mocno świeciło, to w lesie był blady, wręcz nienaturalny kolor światła. Powodem tego są gęsto rozmieszczone drzewa, które przepuszczają niewiele promyków słońca przez swoje liście. Efekt? Nie do zapomnienia.
w połowie trasy znajdowała się kolejka linowa, którą można dojechać na szczyt i podziwiać piękne widoki. Z jednej strony góry, a z drugiej ocean. Po zjechaniu trasa, która się dalej ciągnie, przebiega przez historyjkę. Sceny są wyrzeźbione w drzewach lub ogromnych kawałach drewna. Po wyjściu z parku poszliśmy do budynku, w którym oczywiście znajdywały się setki kiczowatych pamiątek, ale także muzeum kultury indiańskiej.
Następnie udaliśmy się do kolejnego super miejsca... o którym nic nie napiszę, bo zdjęcie mówi samo za siebie :)
Później znowu ruszyliśmy w trasę i przejeżdżaliśmy przez tereny, gdzie ponoć nagminnie można spotkać zwierzęta reniferopodobne. Prawie w ostatniej chwili udało nam się zauważyć wielkie stado na jednej z polan, która wcale nie była znowu taka dzika. Dokoła niej znajdowały się farmy i zabudowane działki.
I to by było na tyle. Bardzo intensywny dzień, dużo się działo (nawet nie zdawałam sobie chyba z tego sprawy). Wieczorem dojechaliśmy do starego wiktoriańskiego miasteczka, zwanego Eureka, ale o tym kiedy indziej...
Dobranoc/Miłego dnia!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz