środa, 17 września 2014

Los Angeles #1 - Venice & Santa Monica beach

Nadal nie mogę w to uwierzyć, że udało mi się w polecieć do LA. Jak sobie teraz oglądam zdjęcia z tej wycieczki, to ciężko jest mi pojąć, że to wszystko miało naprawdę miejsce. Jedno z moich większych marzeń właśnie się spełniło. Wiem, że weekend w mieście aniołów to bardzo mało, ale lepszy rydz niż nic :)

Na miejsce doleciałam po godzinie 13. Oczywiście pogubiłam się na lotnisku, byłam totalnie zdezorientowana, nie wiedziałam gdzie mam iść, gdzie są autobusy, a do tego mój GPS także stracił orientację w terenie. Ale tutaj na ratunek przyszedł mi pan parkingowy! God bless american parking men! Wszystko ładnie mi wytłumaczył i już potem bez problemów dojechałam do swojego pierwszego hostelu, który znajduje się minutę od Venice Beach. Zostawiłam w swoim pokoju bagaż i wyruszyłam w nieznane.

Już na wstępie muszę się przyznać, że będzie dość ciężko mi opisać, to co tam widziałam. Tyle nowych widoków, wrażeń, ludzi, sytuacji - ciężko je w jakikolwiek sposób ogarnąć. Pewne jest to, że  wraz z wejściem na deptak, uderzyła mnie fala kolorów. Każdy z osobna wyglądał inaczej. Różne ubrania, kolory skóry i włosów. No po prostu długo by tu wymieniać. Oprócz tęczy niesamowite było też to, że 3/4 ludzi na czymś jeździła. To na rowerach, to na rolkach lub wrotkach, a to na deskorolkach. Wszyscy poruszali się trasą, która łączy Venice Beach z Santa Monica. Ja sama miałam zniżkę, by wypożyczyć rower na cały dzień, ale było już za późno, gdy tam dotarłam i wypożyczalnia miała się zamykać za godzinę, więc stwierdziłam, że innego dnia zrobię tą trasę jadąc na rowerze.

Zanim ruszyłam w stronę Santa Monica, szybko udałam się by zamoczyć stopy w oceanie. Nie wiem ile stopni miała woda (na pewno nie tyle co na Florydzie), ale przynosiła ulgę. Bardzo ciekawe jest to, że niby to samo wybrzeże co San Francisco, a jednak całkiem inne warunki klimatyczne.
















A temu panu zrobiłam zdjęcie, bo miał śmieszne włosy :) 



Wzdłuż deptaku prowadzącego do Santa Monica, znajduje się mnóstwo naciągaczy i "atrakcji" turystycznych, ale to chyba była jedna z dziwniejszych i najbardziej absurdalnych rzeczy jaką mijałam. Oczywiście nie myślcie sobie, że zapłaciłam za to zdjęcie. Skorzystałam z okazji, kiedy właściciel owego leniwego psa był zajęty.





A to jedna z rzeczy, która zatrzymała mnie na dłuższą chwilę. Ślub na plaży. Wiedziałam, że takie rzeczy mają miejsce na świecie, ale nie sądziłam, że będzie mi dane zobaczyć to na własne oczy. Chyba mam słabość do tego typu "nietypowych" wydarzeń.


A poniżej widać już wesołe miasteczko położone na molo w Santa Monika. Na pierwszym pranie za to możecie zobaczyć siłownię. Liny do chodzenia, krążki do podciągania i mnóstwo innych rzeczy, których nazw nawet nie znam. Co interesujące, bardzo dużo ludzi faktycznie przychodzi tam i ćwiczy.









Na obiadokolację poszłam do restauracji (o ile można to tak nazwać) o nazwie Cha Cha Chicken, która została mi polecona. Jest to miejsca z jedzeniem karaibskim. Zamówiłam, zjadłam i ... WYŚMIENITE! Wzięłam sobie kurczaka w kokosowej panierce, a do tego dodali mi dwa sosy. Jeden pikantny, zaś drugi słodki (chyba zrobiony z mango). Miejsce faktycznie godne polecenia.







Do hostelu jak widać wracałam podczas zachodu słońca, więc co kilka metrów się zatrzymywałam i zrobiłam zdjęcia otoczeniu. Gdy już dotarłam na miejsce, zostawiłam plecak i wybrałam się na spacer z moją współlokatorką z Litwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz