czwartek, 28 sierpnia 2014

San Francisco #6 - The Painted Ladies & Hippieland

Wczoraj wybrałam się na kolejną wycieczkę do San Francisco. Jeszcze trochę a już będę miała cała miasto obcykane ;)
Tym razem wzięłam sobie za cel zachodnią część, gdzie znajdują się dwie rzeczy, które poleca chyba każdy przewodnik. Pojechałam pociągiem, następnie wzięłam BART (coś jak metro) i dojechałam do stacji zwanej Civic Center. Następnie zrobiłam sobie spacerek dwudziestominutowy. Po drodze minęłam targ z świeżymi owocami, warzywami, jajkami i takimi tam :) Przy okazji odkryłam bardzo ładny budynek, który pełni funkcję City Hall.





Pierwsza z nich to "The Painted Ladies" - jest to termin, którym określa się budynki w stylu wiktoriańskim oraz są malowane w minimum trzech kolorach. Najsłynniejsze "pomalowane panny" są właśnie w San Francisco. Niestety miałam pecha, ponieważ jeden z domów był malowany i przed nim stało rozstawione rusztowanie i takie tam inne rzeczy, które zasłoniły całość.
Ogólnie te kolorowe domki znajdują się na wzniesieniu, tuż obok parku, do którego przychodzą ludzie i rozkładają się na kocach by podziwiać widoki - a muszę przyznać, że panorama stamtąd jest niesamowita.





Następnie udałam się na piechotę (znowu) do dzielnicy zwanej Haight-Ashbury. Sama nie wiedziałam czego mam się spodziewać, bo słyszałam tylko tyle, że są dość popularne i na pewno mi się spodobają. Także miałam wielką niespodziankę, gdy dotarłam już na miejsce. Jak się okazało, jest to jedno wielkie Hippieland. Jest to dzielnica SF, gdzie w latach 60. XX wieku organizował się ruch hippisowski. I tak już chyba zostało do dnia dzisiejszego.
Klimat tego miejsca jest totalnie jak nie z tego świata. Można tam spotkać hipisów koczowniczych, hipisów bezdomnych i hipisów pozerów. Nie da się ukryć, że każda z tych grup chyba nie kąpie się zbyt często, pali trawkę i swym wyglądem wręcz odstrasza. Momentami nie wiedziałam, czy to był dobry pomysł by przychodzić tam samej,  aczkolwiek teraz właśnie sobie zdałam sprawę, że przecież to powinna być najbezpieczniejsza dzielnica... wiecie Peace&Love. Prawdziwy hippie nie powinien ci zrobić krzywdy przecież, co nie?
Oprócz kolorowych ludzi, których jest tam masa, Haight-Ashbury to także zagłębie ciucholandów i vinatge shop'ów. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie weszła do każdego z nich - a tym bardziej, gdybym czegoś sobie nie kupiła. Tutaj ciucholandy nie do końca działają tak jak u nas. Są trzy dość popularne i hipsterskie lumpexy - Buffalo Exchange, Wasteland i Crossroads Trading Co. Są to sklepy, w których znajdziesz końcówki jakiś kolekcji z butików oraz ubrania, które sprzedają zwykli ludzie. ALE te trzy ciucholandy nie są do końca takie jak nasz Roban, czy jakaś inna firma w Polsce. Tutaj ubrania są starannie wybierane. Nie kupią od ciebie każdej bluzki, czy spodni. Ubrania, które chcesz im sprzedać, muszą się wpasować w ich styl. Dzięki temu, kiedy przychodzi taka Nadia to nie wie co ma wybrać, bo tak dużo tam fajnych rzeczy (i nie do końca takich tanich jak niby na ciucholand przystało).


Co jeszcze chciałam napisać to to, że nawet wystrój ciucholandów jest mega oryginalny i hipsterski.
Za to kocham Amerykę!













A w drodze powrotnej udało mi się uchwycić słynną mgłę podczas zachodu słońca. Przyznajcie, że zapiera dech w piersiach...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz