piątek, 1 sierpnia 2014

Time with wonderful girls

Dzisiejszą pierwszą część dnia spędziłam z Leslie i jej córką Opal. Pojechałyśmy z dziewczynami najpierw na plażę. Bałam się, że umrę tam z powodu gorąca, ale na szczęście siedząc cały czas w wodzie nie jest tak źle. Wręcz przeciwnie, bo dzisiaj woda nie była jak zupa.
Niestety mimo dziesięciokrotnego smarowania się kremem i tak spaliłam sobie plecy na czerwono. Smuteczek.




Po plaży udałyśmy się do Candy Kitchen. Jedno z zabawniejszy miejsc, w których dotychczas byłam. Ogólnie jest to miejsce - jak sama nazwa wskazuje - gdzie kupisz słodkości. Pakowane, na wagę, popularne, mniej znane, kwaśne, słodkie, duże, małe, owocowe, czekoladowe... każdego rodzaju.
Oprócz tych wszystkich wspaniałych cukierków również ważny jest wystrój... Właściwie nie wiem czy to jest dobra nazwa. Zresztą sami zobaczycie poniżej.









Wspaniała toaleta.


Też musiałam po sobie zostawić jakiś ślad, no bo jakby inaczej? :) 


Po Candy Kitchen pojechałyśmy na lody. Niestety pamiętam nazwy tego miejsca, a było (znowu) bardzo przyjemne i fajne. I co najlepsze - mieli tam system, który pokochałam już drugiego wieczora, kiedy tu przyjechałam i poszłam z Heather na lody. Wytłumaczę go pod odpowiednimi zdjęciami.




Najpierw bierzesz kubeczek (sam wybierasz rozmiar), następnie podchodzisz do kraników z lodami, naciskasz wajchę i bach! Masz lody.  Oczywiście możesz sobie nałożyć jeden smak, ale nikt nie powiedział, że nie możesz nałożyć sobie wszystkich smaków na raz. Jednakże nie polecam tego, ponieważ tutejsze lody są STRASZNIE słodkie i już po dwóch łyżeczkach masz ochotę wymiotować. 


Po nałożeniu lodów udajesz się do wspaniałych pudełeczek, gdzie znajduje się więcej cukru i kalorii. 
I znowu - możesz wybrać tylko jedną posypkę, ale równie dobrze możesz nałożyć każdej po trochę. Znajdują się tam przeróżne rzeczy tj. kwaśne żelki, normalne żelki, czekoladowe kulki, jogurtowe kulki, ciastka, kokos, karmel i różnego rodzaju cukierki. 


Trzeci etap to kolejne kalorie (mimo, że z pozoru wcale na to nie wygląda), czyli owoce w jakimś dziwnym sosie, wyglądającym trochę jak ciekła galaretka. Oprócz tego są także orzechy i kolejna czekolada oraz karmel.

A tak wyglądał mój wspaniały lód. Tak jak pisałam wcześniej, po dwóch łyżeczkach myślałam, że już koniec ze mną, ale no cóż...


2 komentarze:

  1. W Polsce takie Candy Kitchen by nie przeszło. Wiadomo czego byłoby na ścianach najwięcej :>
    I w ogóle podoba mi się pomysł w "Nie pamiętam nazwy tego miejsca" LODY ZA FREEE!?

    OdpowiedzUsuń