poniedziałek, 18 sierpnia 2014

San Francisco #3 - East Coast, Little Italy & Telegraph Hill

Po sobotniej (już trzeciej) wycieczce po San Francisco nauczyłam się kolejnych przydatnych rzeczy.



W SF jest chłodno - mówili - musisz mieć zawsze coś ciepłego przy sobie. No to za każdym razem dźwigam ze sobą kurtkę, której nie miałam okazji ani raz włożyć. Za to nikt mi nie powiedział, by mieć w torebce krem przeciwsłoneczny. Myślałam, że jak użyję go tylko raz przed wyjściem z domu to będzie okej. Nie będzie. 
Wczoraj trafiłam na wyjątkowo mocne słońce, aczkolwiek w ogóle nie czułam, że robię się cała czerwona, bo wiał przyjemny i chłodny wiatr. Mimo tego i tak było mi dość ciepło, a miałam na sobie podkoszulek na ramiączkach i spódnice. Jeszcze bardziej gorąco mi się robiło, gdy widziałam ludzi w puchowych kurtkach albo skórzanych kozakach. Dziwna ta Ameryka. W każdym razie po całym dniu, gdy już wróciłam do domu i zobaczyłam się w lustrze... ujrzałam piękne czerwone ramiona, dekolt i plecy. Taki piękny pomidor. 

Wygodne buty to podstawa! Przez pierwsze 3 godziny chodziło mi się bardzo wygodnie w moich espandrylach, które wbrew pozorom są wygodne. Niestety po 6 godzinach ciągłego chodzenia to w górę, to w dół, to po schodach, to po deptaku... zmieniłam zdanie. Moment kiedy wsiadłam do powrotnego pociągu był bezcenny. Wniosek? Kupić wygodne buty do chodzenia. Fakt faktem, nie planowałam, że przejdę aż 12 kilometrów w 6 godzin, bo to samo tak wyszło, ale tak czy inaczej  może  to najwyższa pora by zainwestować w Nike Roshe Run albo Toms'y, w których łazi prawie cała Kalifornia?

I to na razie tyle z moich lekcji, których nauczyłam się po wczorajszym tripie. Teraz czas na zdjęcia :)
Tak jak wspomniałam wczorajszego dnia przeszłam (nie wiem kiedy i jak) 12 kilometrów. Stwierdziłam, że nie chcę marnować $2 na tramwaj, bo przecież na piechotę to będzie "miły spacerek".

Moja trasa mniej więcej wyglądała tak jak na mapce poniżej. Oczywiście nie widać tutaj typowych dla SF stromych ulic, po których też miałam okazję wchodzić.


Swoją podróż zaczęłam od stacji pociągu zwanego Caltrain, zaraz obok niej jest Panera. Byłam tam już na Florydzie i  lunch, który jadłam bardzo mi smakował, więc stwierdziłam, że wstąpię tam i tym razem. Zamówiłam sobie zupę cebulową, tosta z grillowanym serem i francuską bagietkę. Palce lizać!

 Po wczesnym lunchu udałam się w stronę deptaku, który ciągnie się wzdłuż całego wybrzeża. Minęłam AT&T Park, czyli stadion baseballowy. Tak sobie pomyślałam, że w sumie mogłabym pójść na jakiś mecz, póki tutaj jestem.


Następnie minęłam port dla prywatnych jachtów i łódek. 



A później to już duuuużo innych rzeczy. 

Ferry Building, o którym już coś wspominałam tutaj




Jakieś duże statki, promy, kursy na pobliskie wyspy. 




I widziałam nawet wyspę Alcatraz, na którą muszę nawiasem mówiąc się wybrać niebawem.  


Na końcu czekała mnie część bardzo turystyczna, czyli mnóstwo drogich restauracji, kwariani, wypożyczalnie rowerów, sklepy z kartkami, pamiątkami, ubraniami itp. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim stoi sobie niepozorny budynek, który ukrywa pod swoim dachem niesamowite skarby. Mianowicie muzeum automatów z różnymi grami. Można było znaleźć dobrze nam znanego cymbergaja, ale także rzeczy sprzed... nie chcę skłamać, ale no z 70 lat nawet.






Żeby zrobić sobie foteczkę w krzywym lustrze to się nieźle naczekałam, ponieważ przede mną stała starsza pani (azjatka), która strzelała sobie chyba z tysiąc sweet foci, z każdej możliwej strony. Początkowo było to zabawne, ale po 5 minutach zaczynała być irytująca.


Po tym muzeum udałam się ... gdzieś. Po prostu szłam przed siebie, aż znalazłam jakieś schodki, więc nimi poszłam do góry i idąc tak dalej przed siebie odkryłam, że chyba jestem we włoskiej dzielnicy zwanej 'Little Italy'. Muszę przyznać, że ledwo co zauważyłam, że właśnie to jest ta dzielnica, ponieważ nic oprócz kilku restauracji i kilku nazw ulic nie wskazywało, że ten kawałek miasta jest związany z Włochami. W China Town było to przynajmniej oczywiste od samego początku.

Gdy spojrzałam na mapę, okazało się, że niedaleko mnie znajduje się Telegraph Hill, czyli znane miejsce widokowe w San Francisco. Muszę przyznać, że widoki niesamowite, ale trzeba było się nieźle nagimnastykować, by wejść na samą górę.












Po Telegraph Hill miałam ochotę już umrzeć. Nogi mi odpadały, było mi gorąco i najchętniej przeteleportowałabym się do domu. Ale tak łatwo nie było. Nie chciałam wracać tą samą drogą, więc wracałam bardziej przez miasto, gdzie miałam okazję znowu podziwiać wieżowce












2 komentarze:

  1. Nadiszonku ekstra, że robisz tyle fotek i opisujesz je, mogę chociaż trochę poczuć, że jestem tam z Tobą :'( <3 buziaki od Anka :*

    OdpowiedzUsuń