Podróż nie była taka straszna jak się tego spodziewałam. Lot z Krakowa do Frankfurtu nawet nie wiem kiedy właściwie mi minął. Drugi lot (z Franfurtu do Newark) już niestety trwał "nieco" dłużej i na moje nieszczęście, kobieta siedząca obok włączyła w telewizorku mapę, która pokazywała ile jeszcze nam zostało do lądowania. Chcąc nie chcąc, widziałam odliczające się minuty i miałam wrażenie, że czas się wydłuża.
Gdy wylądowaliśmy w Newark, mogłam zobaczyć przez okno Nowy Jork. Przez kilka minut nie mogłam przestać się uśmiechać sama do siebie.
Wydawało mi się, że będę się nudzić na lotnisku w Newarku, ponieważ czekały mnie tam jakieś 4 godziny "bezczynności", ale jednak bardzo się myliłam. Lotnisko zadbało o to bym, nie siedziała bezczynnie. Pozmieniali mi dosłownie wszystkie numery bramek.
Odbiór bagażu - drugi koniec hali.
Nadanie bagażu - inne piętro.
Kontrola bagażu podręcznego - inna hala.
I gdy już dotarłam do bramki C107 (gdzie miałam być odprawiona) i usiadłam na krześle i siedziałam tam przez dobrą godzinę - nagle okazało się, że odprawę też mi zmienili i muszę się udać na drugi koniec lotniska. Zdążyłam tam dosłownie w ostatniej chwili.
Ostatni lot dłużył się chyba najbardziej, ponieważ nagle dotarło do mnie, że za kilka godzin zobaczę Heather i moja cała amerykańska przygoda się od tego momentu zacznie.
***
Po przyjeździe Heather zabrała mnie do jakiejś knajpki i zamówiłyśmy sobie krążki cebulowe, nachos z serem, frytki i kawałki kurczaka. Tak żeby było amerykańsko od pierwszego dnia :)
PS Wiem, że zdjęcia są strasznej jakości, reszta będzie już z aparatu :)


Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń#pierwszykomentarzpodpierwszympostem <3
OdpowiedzUsuńNadia, może nie jedz aż tak amerykańsko każdego dnia! :D
OdpowiedzUsuń