wtorek, 29 lipca 2014

A long day

Dzisiejszy dzień był pełen "małych spraw" do załatwienia.
Obudziłam się o 8:20 i byłam przekonana, że już nie zasnę, lecz ok. godziny 9 ponownie zasnęłam i wstałam dopiero o 11. Nie było sensu jeść śniadania, bo przecież o 12 jest 'lunch time', więc mama Heather wzięła mnie do knajpki z meksykańskim jedzeniem, by spotkać się z jej znajomymi z kościoła. Miejsce do którego pojechałyśmy nazywa się Tijuana Flats.

Pierwszą rzecz, którą zauważyłam już na początku mojego pobytu tutaj było to, że każde miejsce z jedzeniem ma swój własny wystrój i styl. Serio. Gdziekolwiek bym nie poszła, zawsze jest coś co sprawia, że miejsce ma "duszę". I najlepsze jest to, że nawet najmniejsze detale nawiązują do całości. Ciężko jest to wytłumaczyć, dopóki samemu się tego nie zobaczy.





Taki tam sufit :) 


A tutaj mój wspaniały i zdecydowanie PRZEPYSZNY lunch, który nosi nazwę "Flauntas". Jest to grilowany kurczak w jakimś dobrym sosie, zawinięty w chrupiące ciasto. Do tego trzy sosy (serowy, guacamole i coś jak nasza śmietana) oraz młoda cebulka i sałata. Jedzenie tego wygląda mniej więcej tak, że maczasz jeden kawałek flauntas w sosie, a potem w cebulce i omnomnomnom. Proste i pyszne.

Po lunchu pojechałyśmy kupić film do mojego nowego aparatu, który powinien dotrzeć tutaj już jutro, ale na razie nic więcej nie zdradzę. Potem pojechałyśmy zobaczyć most, który jest całkiem całkiem imponujący.
Jego nazwa to "Skyway Bridge". Nie będę tu pisać jego historii, jak jesteście ciekawi to wejdźcie TUTAJ - wikipedia wam wszystko wytłumaczy. Oto kilka zdjęć z tej małej wyprawy.










Jak widać na zdjęciach dzisiaj niebo było dość pochmurne, ale nie myślcie, że tempteratura była poniżej 30 stopni. Właściwie, to dzisiaj chyba było ok. 32 stopni Celciusza. W każdym razie kilka razy łapał nas deszcz. Padał przez 5 minut i przestawał i tak w kółko.


Później pojechałam znowu do St. Pete i tym razem zrobiłyśmy wycieczkę po bogatej okolicy, by zobaczyć wille i takie tam inne rzeczy. Udało mi się zrobić całkiem sporo zdjęć, więc myślę, że umieszczę je w kolejnym poście, bo ten jest już chyba zbyt długi. Jeśli dotarłeś/dotarłaś aż do tego momentu, to chcę ci podziękować za poświęcenie czasu na przeczytanie tego wszystkiego...

Na obiad babcia Heather zrobiła żeberka w sosie barbecue, młode ziemniaki w sosie serowym (znowu ten ser) i do tego jakieś warzywa.



A na koniec tego wspaniałego dnia poszłyśmy z Heather do kina na film pt. "Lucy".



Dobranoc!

3 komentarze:

  1. Ja wytrwałem do: "Dobranoc!" (:
    Ale ja to jestem szalony jednak.

    OdpowiedzUsuń
  2. I ten, przepraszam za taki spam, ale ostatnie zdjęcie coś mi przypomina XDD

    OdpowiedzUsuń